Tomasz Loska: Podjąłem kilka decyzji, których żałuję do dzisiaj

9 lut 2024 Udostępnij
laczynaspilka.pl
Fot. 400mm.pl

W karierze Tomasza Loski nie brakowało zawirowań. 28-letni dziś golkiper niespełna dekadę temu tułał się po niższych ligach, by później trafić do piłkarskiej elity i reprezentować barwy ukochanego Górnika Zabrze. Na Śląsku nie występuje już od kilku sezonów, ale swoją stabilizację odnalazł w Bruk-Bet Termalice Nieciecza. – Znalazłem się w innym świecie, bo trafiłem z dużego klubu do zespołu z mniejszą liczbą kibiców. Musiałem jednak szukać czegoś nowego, żeby grać i cieszę się, że tutaj jestem. W Niecieczy nie mogę na nic na narzekać – mówi w rozmowie z Łączy Nas Piłka.

Wychowałeś się na Śląsku i zapewne często słyszałeś pytanie: „za kim jesteś?”.

Tamte czasy już dawno minęły. Teraz na Śląsku już tak nie jest, że na osiedlu ludzie zadają pytania, kto komu kibicuje. Nie będę ukrywał, że kiedyś można było dostać nawet w pysk. Co prawda dalej można zarobić w trąbę, ale tych pytań o kluby jest dużo mniej. Ludzie rzadziej ganiają się po osiedlach. Jeszcze gdy mieszkałem w Rudzie Śląskiej, gonitwy kilka razy w tygodniu były normą. Różnie się to kończyło.

W Nadwiślanie Góra, gdzie stawiałeś pierwsze kroki w seniorskiej piłce na szczeblu centralnym, było pewnie spokojniej.

Nadwiślan był odskocznią, bo lata wstecz byłem na peryferiach 3. Ligi w rezerwach Górnika Zabrze, a wcześniej jeszcze niżej. Zależało mi na tym, żeby przebić się na poziom centralny i pojawiła się opcja transferu do Nadwiślana. Klub występował wówczas na poziomie 2. Ligi. Nie będę ukrywał, że tamtejsze realia były drastyczne. Pojechałem do drużyny, w której przez pół roku dostałem może jedną wypłatę. Na treningi musiałem dojeżdżać po sześćdziesiąt kilometrów w jedną stronę. Brakowało mi pieniędzy, nawet na obuwie sportowe. Miałem jednak duże wsparcie od taty, który ogarniał mi sprzęt, dokładał się do paliwa. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Mimo tych trudnych warunków, Nadwiślan był przepustką do lepszego świata. Mogłem pokazać się na poziomie centralnym i zauważył mnie Raków Częstochowa.

Raków, który był wówczas drugoligowcem prowadzonym przez trenera Marka Papszuna. Jak wspominasz współpracę z nim, gdy ten dopiero zaczynał karierę szkoleniowca?

Bardzo dobrze wspominam czas, gdy mogłem być jego podopiecznym. Przyszedłem do Rakowa Częstochowa, w którym tworzył się ciekawy projekt. Trener Papszun miał bardzo duży autorytet i posłuch w szatni. Zawsze miał swoje zdanie i wszyscy byli mu posłuszni. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby ktoś mógł podważyć to, co mówi. Dodać trzeba, że wcześniej nigdzie wysoko nie był, więc z autorytetem mogło być różnie. Cieszę się, że mogłem trafić na niego w młodzieńczych latach, bo był dla mnie nie tylko trenerem, ale też wychowawcą. Tak jak nauczyciel w szkole, w której zresztą wcześniej pracował.

Zrobił z zespołem znakomitą robotę i odważnie na ciebie postawił. Mogłeś zacząć piąć się w górę.

Wtedy w Rakowie zanotowałem znakomity okres, bo reprezentując barwy drużyny z Częstochowy, nie przegrałem ani jednego meczu. Ani w lidze, ani w Pucharze Polski. Moje wypożyczenie zostało skrócone i wróciłem do Górnika Zabrze. Miałem też furę szczęścia, nie będę ściemniał. Podczas okresu przygotowawczego mało kto ze mną się liczył. Byłem może trzecim lub czwartym golkiperem. Przez kontuzje i inne rzeczy pozasportowe, udało mi się wskoczyć do pierwszego składu na inaugurację sezonu. Trener postawił na mnie i długo nie oddałem miejsca między słupkami.


 

Z Górnikiem Zabrze wywalczyłeś awans do ekstraklasy. Nie ukrywasz zresztą, że to klub, któremu kibicujesz od dziecka. Jak smakuje taki awans?

Tego nie da się zapomnieć. Wówczas w klubie była wielka euforia, trudno mi opisać tamten czas słowami. Wokół Górnika Zabrze zawsze jest niesamowita otoczka, nawet gdy brakuje wyników. Wtedy udało mi się dokonać z drużyną czegoś wielkiego, a przecież jeszcze pół roku wcześniej nikt mnie nie znał. Awans miał bardzo duże znaczenie, bo wróciliśmy do elity po gorszym czasie. Trener Marcin Brosz wykonał z nami kawał ciężkiej roboty, znakomicie poukładał zespół. Zrobił z nas z wojowników, którzy dążyli do celu. Byliśmy młodzi, brakowało wielkich nazwisk, ale mieliśmy drużynę. Pamiętam, że dużą jakość piłkarską dawali Damian Kądzior i Rafał Kurzawa. To oni byli zawodnikami, którzy ciągnęli Górnika do przodu. Po awansie zajęliśmy też wysokie miejsce w tabeli, co dało nam udział w europejskich pucharach. Fajna przygoda, ale szkoda, że tak krótka. Tamten czas w moim życiu był mega szalony, bo dwa i pół roku wcześniej grałem w C-Klasie.

Nie zaszumiało ci trochę w głowie po dobrym sezonie w Górniku i występie w europejskich pucharach?

Nie, ale niestety w tamtym okresie podjąłem kilka błędnych decyzji, których żałuję do dzisiaj. Brakowało mi więcej wiary i pewności siebie. Wtedy nie wiedziałem, co mam tak naprawdę zrobić. Miałem opcję wyjazdu za granicę, ale po prostu bałem się z tej możliwości skorzystać. Mówiono mi zresztą też, żebym został w klubie i poczekał, bo może zaraz trafi się jeszcze lepsza oferta. Miałem 22 lata, byłem drugim najlepszym bramkarzem w ekstraklasie i młodzieżowym reprezentantem Polski. Zainteresowania nie brakowało, ale wszystko poszło w innym kierunku. Żałuję bardzo, bo mogłem mieć nowe wyzwania, bodźce i inny rozwój. Czasu jednak nie cofnę. Najważniejsze, że jestem zdrowy i dalej mogę grać w piłkę nożną. W sumie jeszcze wszystko przede mną, bo nie jestem taki stary.

Wybaczyłeś już sędziemu Bartoszowi Frankowskiemu?

Chodzi o sławetną czerwoną kartkę w meczu z Legią w półfinale Pucharze Polski? Od PGE Narodowego dzieliło nas naprawdę niewiele. Można się tylko domyślać, jak wielki głód trofeów jest w Zabrzu. Przez tyle lat przecież zespół nie włożył nic do gabloty. Awans do finału krajowego pucharu mógłby być czymś wielkim, jeszcze z moim nazwiskiem. Czuję niedosyt do dzisiaj, bo straciłem swoją szansę przez jeden błąd. Po remisie w pierwszym meczu, w rewanżu prowadziliśmy 1:0, wynikowo byliśmy finalistami. Dostałem jednak czerwoną kartkę, za chwilę padł gol z rzutu wolnego. Posypało się i ostatecznie Legia nas wyeliminowała. Bolało jak cholera.

Miałeś później problemy z regularną grą, ale pojechałeś na młodzieżowe mistrzostwa Europy. Czułeś, że zasłużyłeś na ten wyjazd?

Bardziej czuję, że to było na wyrost. Muszę jednak podziękować trenerowi Czesławowi Michniewiczowi, który obdarzył mnie dużym zaufaniem. Byłem jego wojownikiem i wiedział, że nie będę się obrażał, pełniąc rolę rezerwowego. Gwarantowałem mu pewną jakość w treningu. Czułem się też potrzebny drużynie, będąc kimś w rodzaju „Atmosferovicia”, chociaż nie chciałem być do końca wiązany z taką funkcją. Znałem swoje miejsce w szeregu. Byłem rezerwowym bramkarzem na turnieju mistrzostw Europy. Dziękuję trenerowi, że mogłem być częścią tej drużyny.


 

Po mistrzostwach Europy znalazłeś się w Niecieczy. Trafiłeś do zupełnie innej rzeczywistości?

Znalazłem się w innym świecie, bo trafiłem z dużego klubu do zespołu z mniejszą liczbą kibiców. Musiałem jednak szukać czegoś nowego, żeby grać i cieszę się, że tutaj jestem. W Niecieczy nie mogę na nic na narzekać. Niczego nam tutaj nie brakuje, wszystko jest na wysokim poziomie. Klub zarządzany jest w bardzo profesjonalny sposób. Potrzebowałem trochę czasu, żeby przystosować się do nowych realiów, do spokojniejszego otoczenia. Wcześniej miałem do czynienia z dziesiątkami tysięcy kibiców, w wielkiej, miejskiej aglomeracji. Gdy wychodziłem do sklepu, ludzie zaczepiali mnie i robili ze mną zdjęcia. Odkąd jestem w Niecieczy, to może z dziesięć osób mnie rozpoznało i wiedziało, że jestem bramkarzem Termaliki. Nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie, bo liznąłem też trochę spokojniejszego życia. Oczywiście, fajnie było grać w Górniku Zabrze, ale teraz mam pracę w Termalice. Wymaga się tutaj ode mnie, żebym zawsze był gotowy do gry i jak najlepszych rezultatów sportowych. Potrzebowałem może pół roku, żeby się przestawić na Niecieczę. Miałem momenty, że wychodząc na mecz ligowy, czułem się jakbym grał sparing, bo nie było tej otoczki, jak na Górniku. W Zabrzu kibice wprowadzali mnie w taki trans, euforię. W Niecieczy jest inaczej, ale nie mówię, że to złe. Mamy rodzinną i spokojną atmosferę. Można przyjechać na stadion z dziećmi, miło spędzić czas, poczuć pozytywne emocje.

Spodziewałeś się, że zakotwiczysz w Niecieczy na tak długo?

Nie, ale czas mi tu bardzo szybko leci. Zanim się obejrzałem, mija mi tu już czwarty sezon. Dużo w tym czasie się działo, bo awansowaliśmy na najwyższy szczebel rozgrywkowy, potem spadliśmy z ligi i ponownie włączyliśmy się do gry o Ekstraklasę. Meczów o stawkę nie brakuje. Nie brakuje też presji, ale to bardzo dobrze, bo lubię grać „pod prądem”.

Co twoim zdaniem jest siłą tego zespołu?

Jakość piłkarska. Wcześniej były sytuacje, że wielu piłkarzy od nas odchodziło, ale teraz jest stabilniej. Mam nadzieję, że tę jakość uda nam się wykorzystać jak najlepiej, co pozwoli nam doprowadzić do tego, że znowu znajdziemy się w Ekstraklasie.

Kiedyś będziesz musiał podjąć decyzję o końcu kariery piłkarza. Co dalej?

Bardzo chciałbym zostać przy piłce, ale niekoniecznie jako trener piłkarski. Trenerka mnie kręci, ale jeszcze bardziej zarządzanie organizacjami sportowymi. Może jakaś funkcja dyrektora sportowego? Nawet zacząłem studia w tym kierunku. Taki mam plan na siebie i bardzo chciałbym go zrealizować. Czy mi się uda? Czas pokaże. Na razie jestem czynnym zawodnikiem i na tym najbardziej się skupiam.

Rozmawiali w Turcji Jacek Janczewski i Emil Kopański

Czytaj więcej na laczynaspilka.pl

ZOBACZ RÓWNIEŻ
NOTATKA/UWAGI dot. strony dla newsa:
Utworzona została siatka, w lewej kolumnie siatki powinien znaleźć się button kierujący do wszystkich aktualności. 
W drugiej kolumnie siatki został wstawiony nagłówek oraz html - zamiast html może być mapowany paragraf.
Należy wykonać szablon dla struktury newsa, który będzie wyświetlał social media, zdjęcie nagłówkowe, treść posta wraz ze zdjęciami. 
Poniżej jest dodatkowy html poza siatką, w którym powinna znaleźć się galeria.